Powr鏒 do

-> strona g堯wna

ㄆkasz Kasprzyk

dodano: 06.05.2004

Urodzi si 9 listopada Roku Pa雟kiego 1979 w Sosnowcu, gdzie sp璠za ca貫 swe dotychczasowe 篡cie na jednym z blokowisk i gdzie zawsze wraca z dalekich i bliskich w璠r闚ek po wiecie. Poeta i muzyk, graj鉍y niegdy w sosnowieckim zespole art.-rockowym Tan, a obecnie intelektualnie rapuj鉍ym Legendarni 690. Lubi dobr muzyk, ciekawe ksi嘀ki, interesuj鉍e filmy i mocne wra瞠nia. Raczej optymista, cho nie obcy mu jest sceptycyzm i czasami, troch zbyt daleko posuni皻y, cynizm.

Nasza ankieta:
Poeta... niekoniecznie musi pisa wiersze. Poeta to kto, kto widzi poezj we wszystkim, co go otacza.
Tworz bo... jest to dla mnie jaki rodzaj terapii psychicznej.
Najbardziej lubi... czu 瞠 篡j.
Przyjaciele... jest paru takich. S to osoby z kt鏎ymi mo積a godzinami nic nie robi, a i tak jest mi這.
Moje najwi瘯sze marzenie... 瞠by nigdy mentalnie si nie zestarze.


Wiersze:
O granicy, Most 2, Spe軟ienie, S豉by, Odurzony, R騜d磬a, Chwila, Mobilny, Leki, Samotny B鏬, Mam pierdolca, Konstanty 2.


Opowiadania:
P豉szcz, M鎩 ostatni raz



O granicy

Urodzi貫m si na skraju
mnie i wiata
Pocz皻o zatem nowy byt
wszechbyt?
niebyt?
w豉nie nie wiem
Pocz像em zatem SI
zastanawia nad mym bytem,
miejscem nieokrelonym,
nie przekrelonym, p鏦i co
I tak p造niemy
ja i myl,
na skraju mnie i wiata

Powr鏒

Most 2

Zdecydowa貫m si przej przez most
Nie bez wahania, l瘯u i b鏊u
Cho z nimi szed貫m - oni zostali
po drugiej stronie znikaj鉍 w mgle

Tak trudne w sumie to przejcie nie by這
Tak szczerze m闚i鉍 to nic nie bola這
Tyle, 瞠 mg豉 gdzie za mn zosta這
a z ni zgubi貫m gdzie sens tej w璠r闚ki

I cho熲ym tak kurwa mia 豉zi w te we w te
do ko鎍a wiata przez jebane mosty
ja wracam do domu po fajki i ogie,
wahania, b鏊e, l瘯i i do造

Powr鏒

Spe軟ienie

Nie mog przesta myle o mierci
Nie to 瞠bym tak ba si tej pani
Po prostu wiem 瞠 kiedy w ni wejd
Zalej sokiem jestestwa swe 篡cie
I zdradz mych bog闚 gdy zw靖pi na chwil
I zdradz bogini ca逝j鉍 si z inn

Powr鏒

S豉by

Jestem s豉by
jak gigant kt鏎emu zabrak這 maluczkich
jak kr鏊 bez poddanych
jak krzyk niemego

P這nie we mnie wielki ogie
drzemi wielkie si造
M鎩 p瘼ek jest epicentrum energii wiat闚

Szkoda ze wolisz eukaliptusy

Powr鏒

Odurzony

鑽am na um鏎
Wdycham sekundy 篡cia
nozdrzami i ca章 sk鏎
Prze簑wam mi瘰o egzystencji
dok豉dnie, 瞠by 豉twiej trawi
Wstrzykuj sobie prosto do m霩gu myli
wietliste i brudne
byle nie zwyczajne
A do serca pompuj nienawi
Bo mi這ci ju przedawkowa貫m

Powr鏒

R騜d磬a

Spr鏏owa貫m zaczarowa rzeczywisto
co by nie by豉 taka zwyczajna i szara
No i uda這 si
prawie
bo tylko dla mnie
dzie nabra kolor闚

A mot這ch ju uk豉da stos

Ch皻nie bym si odczarowa,
ale na szczcie zapomnia貫m
gdzie schowa貫m r騜d磬

Powr鏒

Chwila

P豉tek niegu
i chwila
Takie same,
a jednak inne
Spadaj鉍e z ka盥 sekund
miliony miliard闚 istnie,
miniaturowych wiat闚
alternatywnych

Powr鏒

Mobilny

Nie jestem pierdolonym aparatem telefonicznym
Nie jestem pierdolonym aparatem telefonicznym
Nie jestem pierdolonym aparatem telefonicznym
Nie jestem pierdolonym aparatem telefonicznym

Co prawda drzewem, te nie jestem
Ale jak mam ochot
To jestem stacjonarny,
Co przecie wcale jeszcze nie znaczy
疾 jestem pierdolonym aparatem telefonicznym

Powr鏒

Leki

Sztucznie podtrzymywana populacja
Hitler
Sztucznie wymordowana nacja
Leki, ja i Hitler
Nienawi do szarej rzeczy
Genetycznie powielane pomy趾i
Skradaj鉍e si z p璠zlem
Czyhaj鉍e w kolorofonach
A ja zn闚 zxeruj ten pierdolony wierszyk

Bo mi豉 jest mi kopulacja

Powr鏒

Samotny B鏬

(Pami璚i Tej, Kt鏎ej nie zd嘀y貫m dobrze pozna)

I

Ostatnio znowu m璚zy mnie kto inny
Diabe貫k ju nie ludyczny
Ale dzi瘯i temu chce mi si 篡

II

Nie m鏬豚ym polubi Boga.
Musia豚ym przysi鉍 mu wierno
A ja najbardziej lubi do niego wraca,
A 瞠bym wraca
Musz pierdzieli si nami皻nie z Diab貫m
Takie powroty to cudowna sprawa
S o wiele bardziej 篡ciodajne
(chyba jednak tak)
ni samo przebywanie si z diab貫m
Z bogiem zreszt te
Obydwoje s nic nie warci bez siebie
To niemi kochankowie
Jeden drugiemu w dup nie wsadza,
Ale kochaj si
Tak kurewsko si kochaj

III

B鏬 jest jednak cwany
Nigdy nie zabije diab豉
(cho gdyby chcia m鏬豚y to z pewnoci zrobi)
Nikt by go wtedy ju nie kocha
Wszyscy by go opucili gdyby zabrak這 rogatego
A nawet jelinawet, jeli kto wiernie przy nim by zosta
To mistrz niebieski porzyga豚y si z nud闚 na jego widok
I oszala z samotnoci

IV

Z tych rozterek sam sta豚y si diab貫m
Bo tak naprawd to B鏬 jest Diab貫m
Tylko formuj鉍 go
Da mu wraz z w豉snym 瞠brem
Prawie ca貫 swe z這
I tylko odrobin sobie zostawi
By mie czym podsyca ogie
(w piekle)

V

Bo samotno jest najgorsza
Bez schizofreni ci篹ko j wytrzyma
Bez schizofrenii nie mo積a nie by samotnym
I nie by szarakiem zaj鉍em,
By barankiem bo篡m
I wciek造m psem

Nie mo積a.

Powr鏒

Mam pierdolca

Zn闚 otwieram oczy
i nie patrz
Tak si kurwa tylko gapi
bez sensu
w okno,
ciebie,
matk Teres.

Ale i tak najbardziej lubi
widok moich powiek od rodka.

Powr鏒

Konstanty 2

Mia這 mi to pom鏂
A tymczasem
Coraz bardziej
Nie umiem

kocha
cieszy si
a najmniej
by
kim
jednym
ca造 czas
przez ca造 czas

Powr鏒



P豉szcz


- mieszny by - powiedzia czarny damski p豉szcz do podobnego, tyle 瞠 granatowego, przytrzymuj鉍 si rurki w przepe軟ionym autobusie miejskim - Cz瘰to si umiecha i w og鏊e by taki beztroski. No i nigdy nie nosi p豉szcza, wiesz?
- No, pami皻am. Przez ca貫 liceum nosi t sam wyp這wia章 kurtk ortalionow, jak z peerelu - odpowiedzia ten granatowy.
Autobus zatrzyma si na przystanku i czarny damski p豉szcz zacz像 si przeciska w kierunku drzwi. Nie by這 to wcale trudne, gdy p豉szcz nie wype軟iony kobiet by bardzo szczup造, mi瘯ki i podatny na obr鏏k plastyczn.
- Dobra, to do jutra. Aaa..., i we mi notatki z mi璠zynarodowego na jutro!
- Pami皻am! To na razie, pa!
Autobus dusz鉍 si swym w豉snym oddechem odp造n像 w kierunku dzielnicy kurtek wojskowych i dres闚. Czarny p豉szcz damski odprowadzi go wzrokiem i pomyla:
- Biedna granatowa, musi si tak m璚zy 瞠by si wybi z tej jej dzielnicy. Ja mam troch 豉twiej, zawsze chodzi貫m w p豉szczu. Mam to szczcie, 瞠 moi rodzice mieli ju swoje p豉szcze, cho te nie od razu. Musieli ci篹ko na nie zapracowa, powi璚ili na to ca貫 swoje 篡cie. I jeszcze wychowanie! Tak..., moi rodzice bardzo dobrze i starannie mnie wychowali. Od ma貫go pilnowali abym si starannie ubiera i zawsze dobrze wygl鉅a, bez wzgl璠u na to gdzie id i czy mi si chce, czy nie. Nie lubi貫m tego, ale teraz wiem, 瞠 robili to dla mojego dobra. No i op豉ca這 si. Chcia豚ym tylko jeszcze pom鏂 jako granatowej, jest taka biedna.
Tak rozmylaj鉍 czarny p豉szcz damski nawet nie zauwa篡 jak dope透n像 do swej 100letniej kamienicy z tradycjami. Tu mieszka.

Kolacja jak zwykle czeka豉 ju na stole w kuchni. Czarny damski p豉szcz powiesi si na wieszaku w przedpokoju, a sam uda si do 豉zienki, by umy r瘯awy przed posi趾iem. Higiena to bardzo wa積a rzecz - mama zawsze powtarza豉. Odkr璚aj鉍 wod spostrzeg, 瞠 ju wcale nie ma odbicia w lustrze. Jeszcze jaki czas temu by這 przezroczyste, potem s豉b這, a jakie p馧tora roku temu znikn窸o na dobre. - Kolaaacjaaa!!!! - rozleg這 si wo豉nie mamy.
Szybko umy r瘯awy i zasiad do sto逝.
- Wiesz mamo, jutro id na pogrzeb
- Ojojojojojj!! A kt騜 to umar, powiedz kotuniu?
- Kolega z liceum,...to znaczy kolega! ... Z klasy, z liceum!
- Tak? Patrzcie no, kt鏎y?
- Nie wiem czy go pami皻asz, nie zadawa貫m si z nim jako tak bli瞠j. Wiesz, taki 簑l, menel. Chocia nie! W豉ciwie to nie by nawet menelem. Taki dziwny, chodzi ca造 czas w takiej wyp這wia貫j ortalionowej kurtce, wiesz jak z peerelu. Taki kocmo逝ch.
- Czekaj, czekaj... Ten, co na maturze mia si, 瞠 nie trafi pyta?
- No, dok豉dnie.
- To ci dopiero! Taki m這dy ch這pak...
- No, wi璚 jutro b璠 troch pniej. Nie czekajcie na mnie z kolacj.
- Dobrze kotuniu, dobrze. Taki m這dy ch這pak, kto by to pomyla?


Granatowa w tym czasie dopiero wysiada豉 z autobusu. By這 ju ciemno, a wiosna rozkwita豉 na dobre. Spieszy豉 si, cho wcale nikt jej nie goni. No mo瞠 z wyj靖kiem przysz造ch konkurent闚-kandydat闚 do pracy w zawodzie prawnika. Ale tutaj nikt jej nie goni. Na osiedlowych murkach i 豉weczkach siedzia造 komplety dresowe, powoli s鉍z鉍 piwo. Oni w og鏊e si nie spieszyli, czasu mieli a za nadto. Ale nie zawsze ten, co ma, umie z tego czego korzysta. Tak to bywa. Id鉍 tak osiedlowym chodnikiem przypomnia這 si nagle granatowej o jutrzejszym pogrzebie. Przecie w豉ciwie to nigdy z nim nie gada豉. A kiedy, w pierwszej i drugiej klasie podoba si jej nawet. Wtedy jeszcze nie mia豉 swojego p豉szcza, wi璚 nie mia豉 czasu na takie rzeczy. Musia豉 zaj寞 si zbieraniem na niego pieni璠zy. A on pr鏏owa nawet chyba do niej zagada. Tak, teraz z perspektywy czasu zda豉 sobie spraw, 瞠 chyba j co jakby podrywa. No, ale ju jest niestety za pno, przepad這.

Granatowy damski p豉szcz dotar w ko鎍u do domu i powiesi si na wieszaku w przedpokoju. Cie dziewczyny przelizgn像 si szybciutko do swojego malutkiego pokoju. Nie chcia豉 rozmawia z rodzicami, nie zauwa瘸li jej. Kolacji nie jad豉, jako dzisiaj nie mia豉 apetytu. Po這篡豉 si niespa. Trwa豉 pe軟a, bezksi篹ycowa noc.


* * *


Nazajutrz w autobusie spotka造 si zn闚 dwa damskie p豉szcze. Poda造 sobie r瘯awy i uca這wa造 si ko軟ierzami. Czarny p豉szcz za這篡 dzi na siebie jeszcze p豉szcz wyjciowy, taki na specjalne okazje, za 5 tysi璚y. No, ale jecha造 w ko鎍u na pogrzeb. Czarnemu p豉szczowi zrobi這 si 瘸l granatowej, 瞠 nie ma innego p豉szcza.
- Zawsze w tym samym. Jakie to musi by dla niej poni瘸j鉍e, na pewno czuje si przez to niekomfortowo. Musi mie na tym punkcie straszne kompleksy.

Na cmentarzu by這 ju du穎 p豉szczy. By這 te kilku ludzi w p豉szczach. Na pierwszy rzut oka nie wyr騜niali si specjalnie, ale jeli przygl鉅a這 si uwa積ie, mo積a by這 dostrzec r璚e wystaj鉍e z r瘯aw闚, nogi z nogawek i g這wy zza ko軟ierzy. Nasze dwa p豉szcze dostrzeg造 wr鏚 t逝mu znajom grupk. To p豉szcze z liceum. Podesz造 i przywita造 si. Dawno si ju nie widzieli, zacz瘭i wi璚 sobie opowiada co kto robi, gdzie studiuje i tak dalej. Pogaduszki zosta造 przerwane g這sem sutanny:
- Z p豉szcza powsta貫, w p豉szcz si obr鏂isz, w imi Ojca i Syna i Ducha wi皻ego
- Amen - odpowiedzia造 p豉szcze.
Dalej klasycznie, jak to na pogrzebie. Niekt鏎e p豉szcze p豉ka造, niekt鏎e nie, a niekt鏎e po prostu gada造 mi璠zy sob, co zawsze budzi這 szlachetne uczucia u pozosta造ch, (co okazywa造 gniewnym spojrzeniem ko軟ierza).

Pogrzeb dobiega ju ko鎍a, gdy nagle sta這 si co dziwnego. Cie dziewczyny spod granatowego p豉szcza uroni jedn male鎥 貫zk, kt鏎a spad豉 do otwartej trumny na twarz martwego ch這pca. Ch這piec otworzy oczy, spojrza na ni i lekko si umiechn像. - Wiedzia貫m, 瞠 to twoja. Jedyna szczera 透a. Jeli tylko chcesz, to mo瞠my st鉅 odlecie... Razem powiedzia.
- Dok鉅?- Spyta豉 z lekkim zdziwieniem
- Daleko. Do ciep造ch kraj闚.
Cie dziewczyny obejrza si za siebie. Wok馧 grobu sta這 pe軟o p豉szczy. Ich ko軟ierze nic nie wyra瘸造, jakby nic si nie sta這. No, bo dla nich nic si nie sta這. Maj tylko guziki, wi璚 nie mog造 dostrzec zmartwychwstania. Pomyla豉 jeszcze o domu, rodzicach... To przez to, 瞠 jej nie dostrzegali, stawa豉 si niewidzialna. Powoli zrasta豉 si z p豉szczem, kt鏎y j coraz bardziej wch豉nia i po瞠ra, stawa豉 si nim.
- Lec z tob - zdecydowa豉
- ... Chwa豉 Bogu....Bo wiesz... Ja umar貫m specjalnie dla ciebie. Postanowi貫m zaryzykowa, 瞠 przyjdziesz na m鎩 pogrzeb i mo瞠... No i uda這 si. Zreszt gdyby si nie uda這, to i tak ju bym nie da rady sam. Bo samemu ci篹ko si cieszy. Przynajmniej na d逝窺z met.
- Przecie, jak pami皻am, zawsze by貫 weso造, lubi貫 si mia, bawi.
- I nadal lubi, tylko, 瞠... Smutek trudniej jest dostrzec, zas豉nia nam go nasz w豉sny. Tak jest wygodniej. Poza tym zachowywa貫m go dla siebie, 瞠by nie zara瘸. Ale teraz to ju niewa積e, chod.
- Ju, ju, czekaj sekundk.
- Co robisz?
- Ju id, tylko zdejm p豉szcz. Tam gdzie lecimy jest przecie ciep這.

Kaz, 09.03.2002

Powr鏒



M鎩 ostatni raz


Dzisiaj jest wyj靖kowy dzie. Wyj靖kowy dla tych wszystkich, kt鏎zy nie chc zako鎍zy 篡cia w grobie. Dla tych, kt鏎zy tak jak ja, chcieliby si tam znale dopiero po mierci. Wiem, 瞠 niewielu jest takich, zw豉szcza w dobie kwitn鉍ego ustroju beznastrojowego, ale jednak jacy tam jeszcze chyba istniej? Dzisiaj zamierzam wyzna Wam sw鎩 najwi瘯szy sekret. Tajemnic, kt鏎 to skrywa貫m przez ca貫 swe dotychczasowe 篡cie i ba貫m si j ujawni. Ba貫m si z powod闚 oczywistych dla wi瘯szoci, ale ju teraz wcale nie tak oczywistych dla mnie. Niekt鏎e rzeczy (a w sumie to chyba wszystkie) zale蕨 po prostu od punktu widzenia.


Sen

Obudzi貫m si nagle. Sen, kt鏎y przerwa貫m by niecierpliwy. Pogania mnie, zdawa這 si, 瞠 m闚i: pij szybciej. Sprawia wra瞠nie jakby mu zale瘸這, 瞠bym wsta w豉nie teraz i nie zaspa. Nie zaspa na t chwil, ale jak chwil? By這 ju szarawo, a ja tego ranka wcale nigdzie nie musia貫m wychodzi. O co mu chodzi這? Zastanawia貫m si, ale nic nie przychodzi這 mi do 豚a. Siedz鉍 tak na swym 堯磬u, zda貫m sobie spraw, 瞠 bardzo dawno nie by貫m wiadomy o tej porze. W豉ciwie to chyba tylko na imprezach siedzi si do witu, i to te nie zawsze. Podszed貫m do okna i spojrza貫m na inne bloki. W czterech oknach dostrzeg貫m pal鉍e si wiat這. Ciekawe czy kto z nich siedzi ot, tak sobie? Pewnie wszyscy szykuj si w豉nie do pracy. Pomyla貫m sobie, 瞠 jestemy jak mr闚ki. Tylko, 瞠 mamy coraz grubsze odw這ki i mamy coraz mniej n鏬. Zachcia這 mi si i na spacer. Mamy tu za moim blokiem, rzek, a za ni, tak ma章 oaz dzikoci. Nie ma tam 瘸dnych dom闚, tylko tory kolejowe, trawa i jeziorka. Kiedy bawilimy si tam w tak dzieci璚 organizacj, ale niewa積e Zebra這 mi si na wspomnienia i postanowi貫m przypomnie jak to tam kiedy bywa這.


Most

Wyskoczy貫m z pi靖ego pi皻ra przez okno i poszed貫m w kierunku magicznego miejsca, tajnego przejcia do innego wiata, mostu, kt鏎y by kotar do zielonej chaty. Przeszed貫m przez most nad rzek i bloki znikn窸y. Gdy si obejrza貫m (zupe軟ie nie wiem, po jak choler), po drugiej stronie wida by這 w ich miejscu mrowisko, usypane z du篡ch kamieni. Na szczycie mrowiska znajdowa豉 si ogromna antena satelitarna, z namalowan mr闚k na rodku talerza. Nagle antena skierowa豉 si w moj stron, a mr闚ka spojrza豉 mi prosto w oczy. Poczu貫m si nieswojo, jakby kto przy豉pa mnie na masturbacji. Jednoczenie poczu貫m MR紟IENIE na ca造m ciele. Zawr鏂i貫m. Musia貫m to zrobi. By貫m mr闚k, a mr闚ka nie opuszcza mrowiska (i w 瘸dnym razie nie masturbuje si).


Zab章kany

Sta貫m w centralnym punkcie osiedla, na rogu, ko這 telefonu. By貫m g這dny, od dw鏂h dni nic nie jad貫m. Sta貫m i czeka貫m, na jakiego poczciwca, kt鏎y poratowa豚y mnie kawa趾iem chleba, czy paroma groszami. Zaczepia貫m, co uczciwiej wygl鉅aj鉍ych ludzi, pytaj鉍, czy mi czego nie rzuc, ale dzisiaj znowu pustynia jak szlag. Zdawa貫m sobie spraw, 瞠 troch odstrasza ich m鎩 wygl鉅: d逝ga zmierzwiona broda, d逝gie, t逝ste, poszarpane w這sy, no i te 豉chmany. Nie bez znaczenia by te zapewne zapach, jaki wydziela貫m. Nie my貫m si od dziewi璚iu miesi璚y, czyli odk鉅 umar貫m.

Nagle zobaczy貫m siebie, to znaczy swoje cia這 id鉍e ulic. Po mierci zabierano ka盥emu zewn皻rzn pow這k i wk豉dano do rodka mechanizm. Nie mog豉 si przecie marnowa 瘸dna istota zdolna do pracy. Oczywicie, ci bardziej zas逝瞠ni, lub po prostu bogatsi, mogli j wykupi i trzyma po mierci we w豉snym domowym mauzoleum, (jeli by這 ich na nie sta). Mnie nie by這 sta. Poza tym by貫m podejrzanym politycznie samob鎩c. A tacy nie maj 瘸dnych praw. Moj pow這k zabrano bez pytania, no i teraz si w堯cz po osiedlu. Raz, zaraz po pierwszej mierci, pr鏏owa貫m si st鉅 wydosta, ale jako jeszcze niedowiadczony w tych sprawach, nie zdawa貫m sobie sprawy z pot璕i Mr闚ek. Ale teraz ju sobie zdaj.

Moja pow這ka by豉 ju ca趾iem blisko, gdy do g這wy przyszed mi pewien pomys. Podszed貫m do siebie i zm璚zonym g這sem zapyta貫m:
- Sorry, wiesz co, strasznie g這dny jestem. Nie mia by czego do jedzenia odst雷i?

Spojrza貫m na siebie os逝piony. Pow這ka widzia豉 mnie po raz pierwszy. Ja j widzia貫m ju na osiedlu wiele razy, ale nigdy nie podchodzi貫m. Jakikolwiek kontakt z w豉snymi pow這kami by surowo zabroniony. Nie by造 informowane o tym, 瞠 s tylko pow這kami, 瞠 s niepe軟e. Nie by這 to im potrzebne do wykonywania pracy. Moja alter mr闚ka nie wiedzia豉 za bardzo, co si dzieje, czy jej si wydaje, czy tylko ni. Zaskoczona, nie maj鉍 niczego lepszego do ofiarowania, wyci鉚n窸a kostk 鄴速ego sera z torby z zakupami.
- Wielkie dzi瘯i Powiedzia貫m B璠 o tym pami皻a.


Ulice

Na osiedlu by這 ju ciemno, a wi瘯szo ludzi ju dawno spa豉. Ulice by造 puste i spragnione kontaktu, z czym nieziemskim. Le瘸造 cicho, wpatrzone w niebo, wypatruj鉍 czego nieosi鉚alnego. Niedawno sko鎍zy造 prac, ale po ca造m dniu bynajmniej nie odpoczywa造. Pomimo zm璚zenia pragn窸y jakiego oderwania od rzeczywistoci. Pomimo swej przyziemnoci. A mo瞠 w豉nie, dlatego. Z g鏎y nie wida a tak du穎 i dok豉dnie tego, co na g鏎ze. Ulice by造 strasznie samotne. Za dnia nikt nie zwraca na nie uwagi. Gdyby nie Dziewczyna.

D. sz豉 spokojnie. Wi瘯szo ludzi boi si chodzi o tej porze, zw豉szcza kobiety. Ale ona wiedzia豉, 瞠 niebezpiecze雟two jest relatywne. O wiele bardziej ba豉 si chodzi po ulicach w dzie. W dzie jest tyle ludzi. Noc wiedzia豉, 瞠 nic jej nie grozi. Gdyby co si dzia這, ulice obroni造by j. W nocy, gdy wszyscy spali, ona wychodzi豉 pogada. By豉 ich jedyn przyjaci馧k, a one by造 jej jedynymi powierniczkami. Ufa豉 im i wierzy豉, 瞠 w ko鎍u pewnej nocy, stanie si to, na co tak d逝go czeka豉.


Pies

Pies fruwa w豉nie nad jeziorkiem, znajduj鉍ym si za osiedlem. Zbiera energi, by m鏂 wyczuwa i przewidywa. Potrzebna mu te by豉, aby rozda jej troch potrzebuj鉍ym. Czerpa j z takiego w豉nie fruwania nad jeziorkiem i cho w豉ciwie mia jeszcze jej spory zapas, to po prostu fruwa, bo lubi. Gdy zabraknie jeziorka, b璠zie fruwa noc nad ulicami. One te zbieraj i oddaj energi. Co prawda to ju nie to samo, ale zawsze co.

Nied逝go mia dosta urlop. Czeka z niecierpliwoci, bo od dziewi璚iu miesi璚y pracowa bez przerwy. Pracowa nad jednym zab章kanym, kt鏎y jako sam si nie m鏬 odnale w Systemie Samob鎩stw. Ci鉚le pope軟ia ten sam b章d: zabija siebie, by prze篡. Tej nocy Pies mia mu da znak.


Ser

Wraca貫m do domu pnym wieczorem. W pewnym momencie zauwa篡貫m niewielkiego psa. Podtrupta do mnie i zacz像 mnie delikatnie obw鉍hiwa. Nie zwracaj鉍 na niego uwagi, szed貫m dalej. On wyranie si jednak do mnie przyczepi. Ca造 czas szed obok i co jaki czas z debilnym umiechem zerka w moj stron. Dotarlimy tak, a do domu. Gdy otworzy貫m drzwi, spojrza na mnie z lekkim umiechem zadowolenia i odszed. Nie chcia wej. Zastanawia貫m si, o co mu chodzi這? Ca章 drog myla貫m, 瞠 chce co do jedzenia, albo, 瞠 szuka pana. Ale jednak nie! Dziwny ten pies, i jeszcze te jego oczy! Wtedy zobaczy貫m, 瞠 na wycieraczce co le篡. Podnios貫m to i ku memu zdziwieniu by to kawa貫k 鄴速ego sera, taki sam, jaki ofiarowa貫m dzi sobie. W豉nie, kurwa!!! pomyla貫m - Co to, do ci篹kiej cholery, mia這 znaczy? Kto to by, ten niby drugi Ja? Dzisiejszy dzie by naprawd dziwny, jeszcze ten pies. Spojrza貫m na ser, kt鏎y trzyma貫m w r璚e. By這 na nim napisane: DZI艼UJ ZA SER. JELI CHCESZ 玆, PRZYJD ZA GODZIN TAM, GDZIE SI DZISIAJ SPOTKALIMY.


Mrowisko

- Zn闚 spo貫czne samob鎩stwo si nie uda這 Powiedzia D鉉 do Psa. Kolejny pr鏏owa uciec z mrowiska, ale brak這 mu si i zabi si, wracaj鉍 do nich. Ale, jako, 瞠 usi這wa uciec, wykl皻o go, traktuj鉍 jak zdrajc. Jest teraz podw鎩nie martwy: spo貫cznie i duchowo.
- A ja mam go nam闚i do prawdziwej mierci spo貫cznej? Spyta Pies
- No dobrze by by這. Jak ju pr鏏owa, to niech ju co z tego b璠zie. Zreszt wiesz, obydwoje nie lubimy tych pierdolonych mr闚ek. Ja nic nie zdzia豉m, bo nie mog si przecie ruszy znad jeziorka, no, ale ty? Mo瞠 odzyskamy kolejnego przyjaciela?
- Masz racj. A nawet jak nie, to przynajmniej b璠zie mniej mr闚ek. Spr鏏uj co z tym zrobi.


D.

Dziewczyna (w skr鏂ie D) by豉 samotna, ale ba豉 si innego stanu. Zawsze tak by這 i jako ci篹ko by這 si jej przestawia. Po prostu ju przywyk豉 i czu豉 si, cho n璠znie, to przynajmniej bezpiecznie. Wiedzia豉, czego mo瞠 si mniej wi璚ej spodziewa. A tymczasem Pies przyszed do niej tydzie temu i powiedzia, 瞠 ma co dla niej. Co zupe軟ie nowego. Dziwne, mo瞠 troch niebezpieczne, ale warte by spr鏏owa, warte 篡cia.

D. by豉 tajnym wsp馧pracownikiem Towarzystwa Mi這nik闚 Jeziorka. Nie by這 ich wielu wr鏚 mr闚ek. Mo瞠 dlatego, 瞠 by造 to zaj璚ia spo貫czne, a co za tym idzie niep豉tne. No i co gorsza niebezpieczne. Jakakolwiek dzia豉lno niezarobkowa by豉 surowo zabroniona, ze wzgl璠u na wysok szkodliwo spo貫czn, demoralizowanie i odmotywowywanie od normalnej pracy. Poza tym Towarzystwo Przyjaci馧 Jeziorka by這 nielegalne, a wr璚z by這 wrogiem publicznym numer 1.


Spotkanie

Ksi篹yc odbija wiat這 niewiadomego pochodzenia. Naukowcy od lat g這wili si sk鉅 ono pochodzi. Miliardy dolar闚, rubli, funt闚 z這tych itd. posz造 ju na badania. Oficjalna teoria brzmia豉, 瞠 pochodzi ono od s這鎍a, ale tak naprawd nie by這 to wcale udowodnione. Cz這nkowie Towarzystwa Przyjaci馧 Jeziorka dobrze wiedzieli sk鉅 tak naprawd bierze si jasno. I wcale nie potrzebowali wydawa miliard闚 dolar闚, 瞠by to zbada i wcale nie mieli potrzeby tego udowadnia. Wystarczy這 im, 瞠 to wiedz, i 瞠 tak w豉nie jest. Mi璠zy innymi dlatego byli cigani przez mr闚ki. One nie lubi造 metafizyki, nie da這 jej si uporz鉅kowa.

W tym odbitym wietle mia貫m spotka si z samym sob. Przyszed貫m w to miejsce, gdzie da貫m sobie dzisiaj ser i czeka貫m. Gdy tak siedzia貫m, zauwa篡貫m, 瞠 w pobli簑 kr璚i si jaki niedu篡 pies. ζzi tu ju od czasu jak przyszed貫m i ca造 czas si na mnie gapi. Po jakiej godzince spostrzeg貫m swoj pow這k pe透n鉍 w moim kierunku. R闚nie pies zacz像 si zbli瘸 do nas. Gdy ju doszli do mnie, stalimy tak w tr鎩k milcz鉍 przez d逝窺z chwil. Pierwszy odezwa si pies:
- W ko鎍u si odnalaz貫. Balimy si o ciebie. Mylelimy, 瞠 ju do siebie nie przyjdziesz. Mia豉 jeszcze by tu nasza jedna agentka, ale okaza這 si, 瞠 nie wytrzyma豉 napi璚ia zwi頊anego z t prac. Wybra豉 inn drog. A szkoda, bo potrzebujemy nowego pokolenia cz這nk闚 Towarzystwa. Mielimy nadziej, 瞠 nam ich dostarczycie. No ale dobrze, 瞠 odzyskalimy ciebie.

Powiedziawszy to, wzni鏀 si w powietrze i odlecia w g鏎. Lecia i lecia, a znikn像 w chmurach. Patrzylimy za nim jeszcze d逝g chwil, po tym jak znikn像. W ko鎍u spojrzelimy na siebie i po章czylimy nasze kom鏎ki, staj鉍 si jednym cz這wiekiem i szybko pobieglimy w stron mostu.

A ja przyszed貫m do siebie i mieszkam teraz pod D瑿em. By tak dobry i zaproponowa mi gocin. Nie wiem tylko gdzie podzia si Pies. Pyta貫m D瑿u, ale tylko si umiechn像 i nic nie powiedzia. Ale w ko鎍u sam si domyli貫m. To ma zagubiona dusza, prosz鉍a o kawa貫k chleba, o co do jedzenia. Na pustej ulicy, pe軟ej ludzi - na MOJEJ ULICY, cho teraz ju nie mojej. Nie mia co je na w豉snej ulicy. To smutne. Szkoda tylko, 瞠 nie zd嘀y貫m pozna tej agentki, o kt鏎ej m闚i Pies. Czasami troch brakuje mi kogo, ale dobrze, 瞠 chocia nie jestem ju mr闚k, bo przecie trzeba falowa i ta鎍zy. I teraz siedz tak sam co noc, czekaj鉍 na NI pod D瑿em, czekaj鉍 do pierwszego je瘸.

Kaz, 14. 06. 2002

Powr鏒